Jest kilka rzeczy, które mnie relaksują. Chyba nikogo to nie zdziwi, jak się tutaj tak uzewnętrznię i powiem, że jedną z tych rzeczy jest pichcenie 😉 Jak wąż* wraca do domu, a ja stoję przy garach i nie jest to czas posiłku, to mur beton jest stres. Mówi, że czuje pismo nosem. Gorzej jest jeśli gotować nie mogę lub padam na twarz i …. no nie, nie ruszę się. A stres jest. I wtedy z pomocą przychodzi np. Jamie Oliver. Czy Wy też nie możecie oprzeć się jego urokowi? Czy Wam też zdarza się włączyć jeden odcinek, by finalnie obejrzeć całą serię? Dwa razy? 🙂 Uwielbiam energię i radość Jamiego. I to, w jaki sposób mówi o jedzeniu. Trzeba tylko pamiętać, by nie oglądać jego programów bez przekąsek pod ręką. W przeciwnym razie, przeszukiwanie po nocy zasobów lodówki i szafek jest pewne. Zrobienie tarty od podstaw, to może nie jest najszybsza i najprostsza rzecz na świecie (gdzieś mi mignęło ostatnio, że kruche ciasto, to jest pewniak i co tu może się nie udać? no nie wiem, może jestem po prostu mniej zdolna), ale warto! Prawda jest też taka, że jeśli bardzo Wam się śpieszy i kupicie gotowe kruche/francuskie, to zjecie wcześniej 🙂 A skandalu nie będzie. Zachęcam jednak do podjęcia wyzwania. Poza tym, wałkowanie też relaksuje. I kiedy zaczyna pachnieć masłem, cebulą i masą, a sery się rumienią, to wiedz, że jesteś w domu. * Nabyłam niedawno nowy tytuł i wraz z nadejściem jesieni stałam się żoną fajnego męża 🙂 W zestawie z przepisem zostawiam Wam naszą piosenkę z pierwszego tańca. Miłego...