Ta beza jest piękna i egzotyczna jak wakacje na złotym piasku. Kiedy pieczesz ją zimą, to cieszysz się, bo wygląda jak słońce na talerzu. Jesienią też pasuje – do złotych liści, nasiadówek u znajomych lub kolejnego odcinka z Netflixa. Do tego jest słodka, ale kiedy masz już dość tej słodyczy, przychodzi wybawienie w postaci marakui. Pachnącej jak Chanel. W tej bezie są jeszcze dwie sprawy. Dla tych, którzy wyłapią wszystko, jest orzeźwienie z japońskiej herbaty matcha. A dla tych, co jak ja chodzili z dziadkiem na kokosanki i kochają to wspomnienie i ten smak, jest kokos ukryty w białku. I kiedy robisz to ciasto, to w sercu twym taniec, w głowie spokój, a w domu radość. ...
Nigdy nie przepadałam za czekoladowymi ciastami. Coś tam na “kakale” wchodziło w grę, ale z czekoladą – dziękuję, postoję. Ponoć dojrzewamy do smaków i zmieniają się nasze upodobania. Są w życiu fazy. Tygodniami wałkowana jaglanka na orzechowym z owocami, a kiedy indziej ser z pomidorami. Są też mody. I są fascynacje. U mnie w tym wypadku człowiekiem. Ulą. Ulą od brownie i czekoladowych ciastek. To jest ten moment, kiedy spotkanie TAKIEJ osoby daje Tobie kopa, inspiruje i myślisz sobie: “ta kobieta za serce ma ciasto jakiego jeszcze w życiu swym nie spotkałam, a wiedziałam, że go szukam”. I pamiętam jak Jej zgrabne dłonie łamały tabliczki kolejnych czekolad, jak ruszała się po kuchni i mieszała w miskach. A w naszej kuchni pachniało miłością do tego, co robiła. Jest taki jeden przepis na brownie, który trzymam w sercu, bo to było moje pierwsze czekoladowe, podpatrzone od Niej. I choć obstawałam przy swoim, że ja tego i tak nie lubię, to czas mijał, a ja miękłam. Stąd przepis. Nie pierwszy i nie...
Moja Mama. Największy miłośnik słodyczy w całym kosmosie. Ciasta nie odmówi nigdy. Kiedy po wejściu do mojego mieszkania widzi, że wypieku brak, pyta rozczarowana: „Nic nie upiekłaś? Ty? A masz chociaż cukierka?”. Chociaż generalnie twierdzi, że słodkiego nie je prawie wcale, to w samochodzie, torebce i kieszeniach zawsze się coś znajdzie. Jasne, że się znajdzie i to właśnie świadczy o tym, że Ona nie je. To wszystko sobie tak leży 😉 Mama piekła dużo. Piekła też dobrze. Koleżanki z pracy zamawiały u niej torty na specjalne wydarzenia. Ja zamawiałam do znudzenia, na każdą możliwą okazję, Jej tort makowy. Nic mnie tak nie cieszyło na Święta Bożego Narodzenia jak ten tort. Był jeszcze brzdąc. Tylko raz spotkałam równie dobrego. Będąc we Francji zamówiłyśmy z siostrą ciastko, wbiłyśmy w nie widelce i wydałyśmy okrzyk radości: „Smakuje jak brzdąc Mamy!”. Tak sobie myślę, że jest to chyba najlepsza recenzja, jaką mogło dostać ciastko. Dziś piecze rzadko. Mówi, że nie ma już tyle cierpliwości i woli jak ja zrobię. Na Jej święta piekę zwykle tort bezowy, miłość Jej wielką. Nie ma chyba takiej ilości bezy, której nie byłaby w stanie zjeść. Śmiejemy się czasem z siostrą, że nie ważne, że przyjechałyśmy. Ważne, że przywiozłyśmy bezę 🙂 Na Dzień Matki nie mogło być inaczej. Tradycja rzecz święta! Lubię taki rodzaj rodzaj bezy, który nie jest zupełnie wysuszony. Zależy to też od dodatków, ale w proponowanej przeze mnie wersji właśnie ta pianka idealnie łączy się z kremem i jest jak puch. Żeby przełamać słodycz, zrobiłam mus rabarbarowy z cynamonem. A jeśli nie lubicie białej czekolady, spróbujcie wersji z konfiturą różaną. Do gotowej masy serowej dodajcie...